Wpisy - teksty - wizytówki zawartości strony enstories! : Janusz Kupis, Zwoleń, Mazowsze, Polska.

Wpisy

  • piątek, 05 lutego 2016
    • Dnieje / wizytówka 4ta

      Nad ścianę lasu „wychynęła" łuna brzasku. Młody jastrząb przebudził się, a zaraz po chwili rozpoczął poranna toaletę. Wprawnymi ruchami dzioba układał i czyścił swoje beżowo-brązowe upierzenie, upierzenie zdradzające swoją kolorystyką jego wiek właśnie. Był zaledwie rocznym ptakiem. Ale ów niewiarygodny cud, iż mimo wszelakich zagrożeń przetrwał w dobrej kondycji pierwszą swoją zimę, pozwalał roztoczyć przed nim optymistyczne perspektywy na przyszłość. Jego - nazwijmy to - „wizja", czyli wszelkie niuanse indywidualnego podejścia do jakichkolwiek problemów, jakie przynosiło jastrzębie życie, sprawdziła się. Ptak dobrze więc rokował, był bezcenny. Sam jednak owe zakwalifikowanie do zbioru „championów" przeżywał w specyficzny sposób - był po prostu spełniony, był sobą, był ufny, był pewny swego - był, szczęśliwy - niewyobrażalnym szczęściem władcy przestworzy...

      Z każdą chwilą stawało się coraz cieplej, z każdą chwilą przybywało też solistów, aż po wzniosłe apogeum gdzieś w okolicach brzasku, w fanfarowym chórze porannego, ptasiego rozgardiaszu. Niezwykłe bogactwo, złożone z niepowtarzalnych i „samorodnych" - w sensie - powstałych niemal z niczego, przez eony lat, unikalnych - form - wyglądów i wykrzykiwanych właśnie przez nie - tonów i brzmień, aż kusiło do wzniosłych ocen wartości przyrody, ocen  zmierzających ku wykazaniu bezcenności - śmiało to napiszemy - wszystkiego. Dodajmy - wszystkiego, co kiedykolwiek „wyszło" spod ręki „ślepego budowniczego" czy „twórcy", zwanego doborem naturalnym. Jastrząb, ogrzewający się właśnie w porannym, wiosennym słońcu, znakomicie wpisywał się, przez swą przeszłość jako gatunku, i przeszłość, jako osobnika, w rolę niemal „objawienia" prastarego Demiurga ewolucji.

      Opadły resztki porannego oparu, zapowiadając dobrą pogodę na resztę dnia. Harmider w lesie nieco przycichł, skwitowany krótką serią okrzyków godowych, które wydobyły się z „ust" młodego gołębiarza. Ptak starał się być dyskretny - w pobliżu znajdował się rewir lęgowy tej samej dorosłej pary jastrzębi, w której gnieździe rok temu młodziak przyszedł na świat, jako jedno z trzech piskląt. Para rodzicielska tylko warunkowo tolerowała tu jego obecność, kierując się niezawodnym sygnałem w kolorystyce beżowo-brązowego upierzenia, sugerującym niepełną dojrzałość przychówku sprzed roku. Właściwie tylko dzięki temu marzenie o powrocie po zimowej tułaczce w rodzinne strony nie skończyło się dla młodego ptaka zbyt dużym ryzykiem bezpośredniej i niebezpiecznej konfrontacji.

      Jastrząb przemieścił się na niewielką odległość, by zająć lepsze stanowisko obserwacyjne. Po chwili rzucił do lotu i raz po raz to uderzając skrzydłami, to znów szybując, oddalił prostolinijnym lotem na podbój rozległych łowisk wielkości wielu dziesiątek kilometrów kwadratowych. Tak szybko, jak ruszył do lotu, tak i przepadł jakby go tu w ogóle nie było - o widzę go jednak jeszcze - prawie ostatni raz, mknącego tuż nad ziemią, za osłoną niewielkich nierówności terenu. Po dłuższej chwili, znacznie dalej w kierunku lotu, dostrzegam jak wzbija się niemal pionowo w górę, energicznym zamachem skrzydeł, tak, by na moment wyjrzeć zza ściany zagajnika, na drugą jego stronę, stanowiącą przedpole zabudowań - pozostając wciąż w locie i nie tracąc czasu na między-lądowanie. I ostatnia, skrupulatnie odnotowana przeze mnie scena - ptak nieprawdopodobnie szybko lotem pionowym w górę, odbijając się do niego jednym, energicznym uderzeniem skrzydeł, a następnie mknąc już bez ich pomocy i sprawiając wrażenie jakiegoś bytu rodem nie z tej ziemi, „wpada" do wnętrza korony starej, kwitnącej właśnie, rosochatej, dzikiej gruszy gdzieś  tam wśród otwartych pól, na wschodzie...

      (c) enstories

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Dnieje / wizytówka 4ta”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nomadic69
      Czas publikacji:
      piątek, 05 lutego 2016 19:07
    • Dudek i lis / wizytówka 3cia

      Tego dnia, wiosennego dnia, dłuższą „chwilę" na ornitologiczną, czy przyrodniczą wyprawę znalazłem dopiero wczesnym popołudniem. Był początek maja. Pogoda od dawna często sprzyjała podobnym eskapadom. Jednak czy ostatnio w ogóle, tak naprawdę, była, będąc taką a nie inną,  zjawiskiem pozbawionym zastrzeżeń i, choćby intuicyjnych,  „nieodpowiedniości", kwitowanych przekonaniem - coś jest nie tak? Trudno było powiedzieć, lub raczej - nie łatwo było zająć jednoznaczne, nawet tylko na własny użytek, stanowisko w tej kwestii, choćby tylko dlatego, że można było niedowierzać narzucającym się wnioskom z tego czy innego powodu. Od lat jednak porom roku brakowało dawnego posmaku jednoznaczności i „konsekwencji" przebiegu i charakteru - zmiany klimatyczne dawały o sobie bowiem znać od dawna i były uchwytne nawet bez „wycyzelowanej" aparatury pomiarowej, choćby w tym subtelnym sensie. W tym roku „objawiły się", bodaj, późną i krótką, „na szczęście" jednak - śnieżną zimą, ale też niezwykle nieprzewidywalną, nawet wiosną, „huśtawką" temperatur dobowych i tych w dłuższej, czasowej skali. Było też - po już dawnych wiosennych roztopach, które pozostawiły niewiele po sobie „śladów", niezwykle sucho. Jednak okoliczność ta od razu przywołała do porządku powyższe dywagacje - snute mimochodem podczas wędrówki przez wiosenny krajobraz - kierując je na tory ściślej związane z tematem - jako że lata „suche" sprzyjają niektórym gatunkom, na przykład dudkom, na które chciałem dziś „popatrzeć" właśnie.

      A zatem wędruję poprzez przestrzeń łąk, pastwisk i „świetlistych", jeszcze „świetlistych" dodajmy, liściastych lasów czy zagajeń. „Świetlistych", jako że światło, rozproszone przez korony i na wpół rozwinięte liście zazieleniających się właśnie drzew - wypełniało całą przestrzeń zadrzewień, od wierzchołków, po runo, niemal tą samą, a większą niż latem, jego ilością. Zjawisko to, podobne do tego, jakie zauważamy w szklarniach czy „namiotach" budowanych przez ludzi, w celu hodowli niektórych roślin uprawnych, było niemal piorunujące, choćby nawet ze względu na niemal identyczny w swojej „skali" efekt „uwięzienia" i „rozjaśniającego promieniowania" tegoż światła w każdą stronę. W każdym razie co roku jest bardzo spektakularnym atrybutem wiosny, i, mam nadzieję, nie jest to tylko moje odkrycie, a sama interpretacja nie urąga nadto poprawności w spektrum jego fizycznej interpretacji.

      Wtem niezbyt daleko od osiedla, na ukwieconej i zielonej w jasnych odcieniach łące, dostrzegłem żerującego lisa. Natychmiast w myśli przeanalizowałem sytuację, pod kątem możliwości podejścia drapieżnika. W tej analizie, a wiem to z wieloletniego doświadczenia, najważniejszą była kwestia siły i kierunku wiatru - i tu wnioski były obiecujące. Nadchodziłem od strony „zawietrznej", a wiatr chwilami był silniejszy, niż li tylko umiarkowany. A zatem z jednej strony - lis nie miał żadnych szans mnie „zwietrzyć", z drugiej - czasem silne podmuchy dawały szansę „zatarcia" w ich dźwiękowym tle wszelkich szmerów i szelestów, jakie nieopatrznie mogłem, mimo ostrożności, wywołać. Ostatecznie znalazłem się niezwykle blisko, bo około 40m od żerującego drapieżnika.

      Lis „myszkował", i to w przenośni, jako że polował na myszy, choć też - dosłownie, penetrował teren bowiem bardzo dokładnie i starannie, na niezbyt rozległym czy nawet wprost - niewielkim, obszarze łąki. Po raz kolejny naocznie mogłem przekonać się, jak zwinny i skuteczny to łowca. W ciągu około 20 min obserwacji schwytał bowiem aż 3 gryzonie. Dwa ze sprężystego „wyskoku" czy „naskoku" wprost na ofiarę, z błyskawicznym pochwyceniem zdobyczy szczękami. Kolejną ofiarę „zdobył" dzięki rozkopaniu kryjówki gryzonia. Co znamienne - drapieżnik polegał w trakcie tego polowania bardziej na słuchu niż na zmyśle węchu - ustawicznie nasłuchiwał, często kierując głowę w kierunku gruntu, a przemieszczał się zgodnie z kierunkiem wiatru. W przypadku pierwszej zdobyczy, co znamienne, pożarł tylko jej część, a resztę ukrył zagrzebując w ziemi. Obserwacja ta wzmogła moje przypuszczenie, że był to osobnik z pary dorosłych lisów obserwowanych przeze mnie w tej okolicy od kilku tygodni, i to pary zwierząt, o znanej mi w swoim położeniu zupełnie nowej norze „lęgowej" tego gatunku. Zapewne ze względu na przyszłe potomstwo lis ukrył zdobycz, by w okresie niepogody miał dla młodych niezbędne i łatwo dostępne zapasy pokarmu.

      Wtem, gdy znalazłem się niezwykle blisko łowcy, lis zorientował się prawdopodobnie, gdy przypadkiem spojrzał w moim kierunku, że moja obecność nie przynależy w sposób oczywisty nie tylko do przestrzeni przyrodniczego tła, czy otoczenia, możliwego do zinterpretowania jako -  bezpieczne, czy - nawet - normalne, ale wprost poraża zakresem wyłamywania się z takiej interpretacji. Zwierzak znieruchomiał, uniósł głowę, zaczął węszyć i nasłuchiwać. Jednak nie rozstrzygnął tymi „standardowymi" zabiegami, jak się okazało, swoich wątpliwości. I wtedy zaskoczył mnie zupełnie - choć po chwili uznałem fakt ów jednak jako zupełnie naturalny u zwierzęcia o najczęściej jednak nocnej aktywności. Oto lis - by mi się przyjrzeć - poruszał głową w górę i w dół, tak aby spod innego kąta na mnie spojrzeć i w ten sposób, jak kot czy sowa, wybrnąć z dylematu.

      Po chwili, z dumą adresowaną ku swoim tropicielskim umiejętnościom, dostrzegłem wynik tej przygody. Lis, ku mojemu zaskoczeniu, byłem bowiem niezwykle blisko zwierzaka, znów zajął się swoimi sprawami, mimo mojej „asysty", i kontynuował polowanie. Niestety opisana sytuacja powtórzyła się po paru chwilach raz jeszcze. Tym razem drapieżnik - choć „ociągając się", czy raczej - nie do końca przekonany o słuszności swojej decyzji - często zatrzymując się i przyglądając mi za każdym razem, co z satysfakcją stwierdzam z wymienionych wcześniej powodów, niemal „profilaktycznie" odbiegł do pobliskiego lasu, i więcej go już nie widziałem.

      Wtem w tle znanego mi już dobrze koncertu ptaków, które przyleciały z zimowisk już dawno, moje „wyczulone ucho" „wyłowiło" kolejnych „przybyszów" tej wiosny - tym razem zwiastunów wiosennego apogeum w każdym możliwym aspekcie - tak w spektrum przyrody ożywionej, jak i tej abiotycznej, a jedno, że stwierdzę trywialnie, nierozłącznie przenika drugie. Oto pierwszą „fazę" wiosny, „przeplataną często zimą", jak co roku, „skwitował" swoim przylotem, a w tym momencie - śpiewem, zniczek; w pobliżu podśpiewująca jeszcze trochę „na pół gwizdka" muchołówka mała już całkiem przekonująco obwieszczała znawcy tematu, czyli mojej osobie, nadejście „prawdziwego" ciepła.

      Podążyłem dalej. Droga wiodła przez brzezinę dość znacznych rozmiarów, jak na tutejsze uwarunkowania. Z dwóch stron szlak obrzeżony był płytkimi, melioracyjnymi rowami. W ich biegu, niczym porozrzucane w nieregularnych odstępach bukiety, w miejscach o zapewne większej ilości światła, rosły ukwiecone, jędrne i po prostu - piękne, kaczeńce. Wokół kwiatostanów krzaczastych wierzb krzątała się niezliczona rzesza owadów różnorakich gatunków, w tym jak zwykle ciekawskich trzmieli, które czasem zabawnie „przyglądały się" w  wahadłowym locie, i znów, jak w przypadku lisa - by dopomóc w tym sposobie swojemu niezbyt doskonałemu zmysłowi wzroku, bardziej kolorowym elementom mojego ubioru.


      Lecz później przyśpieszyłem kroku - by jeszcze przed zachodem słońca zdążyć na w tym momencie li tylko przewidywane jako realne w satysfakcjonującym kształcie spotkanie. Zmierzałem do miejsca, w którym spodziewałem się najciekawszych dzisiaj odkryć i spostrzeżeń.


      Przystanąłem, by posłuchać obu śpiewających w pobliżu ptaków. Z jednaj strony - by nacieszyć się ich obecnością i pięknem tej chwili, z drugiej - by temu pięknu nadać mniej abstrakcyjną formę, i po prostu ptaki zlokalizować i na nie spojrzeć. Pamiętałem również, że tak zniczek jak i muchołówka mała należą do gatunków ptaków rzadziej spotykanych, więc należało skorzystać z okazji, i zdobyć jak najwięcej doświadczeń. Doświadczeń tak natury estetycznej, jak i praktycznej, takich jak cechy rozpoznawcze gatunku, w tym właściwości śpiewu. Już nie z atlasu czy płyty, jak to się zwykle odbywa, by możliwe było takie jak w tej chwili spotkanie, a in vivo - jak mówią naukowcy. Zabawiłem w tym miejscu jeszcze parę naście minut.


      „Po drodze" odnotowałem jeszcze obecność w pobliżu dawnego rewiru lęgowego pojedynczego orlika krzykliwego, żerującego myszołowa i srokosza, a także „niepłochliwego" w specyficznym dzisiaj sensie, z uwagi na dość silny i zrządzeniem losu - ciągle mi sprzyjający, wiatr, bobra, który niemal na wyciągnięcie ręki przepłynął kanałem tuż obok mnie. Wreszcie dotarłem na miejsce.


      Dla niewprawnego oka ten rejon łąk i pastwisk nie różnił się niczym nadzwyczajnym. Jedynie obecne w tym miejscu w regularnych odstępach pniaki i  fragmenty pni starych topól, już w znacznym stopniu spróchniałych i pełnych szczelin oraz zakamarków, nadawały otoczeniu szczególną formę. Niekiedy tu i ówdzie leżały sterty zmurszałych konarów i gałęzi - co tym dobitniej wzmagało słuszne przypuszczenie, iż drzewa zostały wycięte zaledwie przed kilku laty. I właśnie wówczas, krótko po wyrębie, choć nie w pierwszym roku, miejsce to upodobały sobie dudki. Ptaki z jednej strony dysponowały bogatym żerowiskiem, a z drugiej - znakomitymi warunkami do odbycia lęgów - właśnie w opisanych wyżej pozostałościach dawnego zadrzewienia pośród nasłonecznionych i suchych łąk i pastwisk, zasobnych w odpowiedni pokarm. Wiedząc o tej szczególnej właściwości tych terenów od dawna i w tym roku postanowiłem sprawdzić, co - dosłownie - słychać, u tego gatunku ptaka w tym miejscu, które, powtórzmy, miało wszelką specyfikę i właściwości optymalnego biotopu lęgowego.


      Zatrzymałem się i rozejrzałem. Postanowiłem jednak nie czekać zbyt długo i rozpocząłem wabienie - naśladując głos godowy samca.


      Niemal natychmiast obok mnie w kierunku na zewnątrz lęgowiska przeleciały aż 3 zaciekawione ptaki, które w milczeniu „opadły" na pobliskie pastwisko. Po chwili zorientowałem się, że słusznie zinterpretowałem płeć tych osobników. Były to samice. Oto bowiem, w odległości zaledwie 20m ode mnie na jednym z pni wylądował samiec - i z miejsca zaczął nawoływać. Jednak moją uwagę cały czas zwracała konsternacja, jakiej ustawicznie ptak ulegał słysząc głos rywala, a widząc zamiast niego - człowieka i to w tak małej odległości. Z resztą z oddali na zachód od tego miejsca nawoływał inny samiec, który zapewne już nie mógł liczyć na nic innego w tym roku, niż na ewentualny lęg w gorszym biotopie, no ale to tu właśnie były samice do zdobycia.


      Dominujący samiec krzątał się jak w ukropie. Przelatywał z miejsca na miejsce, prychał, chrapał i syczał, obejrzał mnie też bodaj z każdej strony. I mimo, że zwykle nie znajdował się dalej niż 30-35m - nie potrafił rozwiązać jednoznacznie swojego dylematu. Motywacja obrony rewiru lęgowego i stadła nie pozwalała na rezygnację z dążenia do konfrontacji - konsternacja z powodu bliskiej obecności człowieka wywoływała ograniczenie jej ekspresji. Samiec bowiem nie rozłożył bowiem ani razu swojego pióropusza, w postawie imponowania rywalowi, pozostając jedynie przy zduszonych i to wydawanych zawsze po dwa, „cedzonych przez zęby" zawołaniach godowych „pupu", zamiast zwykłych trzech - no ale z pochyleniem głowy i dzioba ku dołowi.


      Już chciałem zrezygnować na dobre i odejść, by nie stresować dłużej niż chwilę ptaków, gdy sytuacja uległa samoczynnie pozytywnemu rozwiązaniu. Otóż ów drugi samiec, korzystając z „kłopotów" samca - dominanta pojawił się w pobliżu w dyskretnym locie w kierunku samic. Nim jednak przy nich wylądował - został dostrzeżony przez właściciela rewiru, który natychmiast go przepędził.


      Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki samiec - dominant stał się zupełnie „niewrażliwy" na dalsze wabienie z mojej strony kontynuowane „specjalnie" jeszcze chwilkę. Stałem się dla niego na powrót tym co zwykle - realnym zagrożeniem, jako przedstawiciela obcego, czasem nierozsądnego wobec przyrody, gatunku. Z chwilą, gdy w pobliżu pojawił się ów drugi dudek - samiec, dylemat znikł jako nie były, a emocje uległy rozproszeniu podczas wzajemnej utarczki ptaków. Samiec - dominant, niczym człowiek na seansie psychoanalizy, „wyładował" zduszone emocje, i już realnie ocenił sytuację, stając się niemal hermetycznym. Należało jednak sobie zdawać sprawę, że po dłuższym okresie dalszego wabienia ptak, w odróżnienia od człowieka,  ponownie wpadł by w podobne tarapaty instynktownych rygorów zachowania i było by to znowu silnie dlań stresujące. Człowiek i ptak - dwa światy, które jak widać, mogą się zetknąć niemal na każdej płaszczyźnie - lecz ów drugi byt, tak zwiewny i rachityczny w swoim istnieniu, iż wprost „zadany" naszej odpowiedzialnej trosce i należytemu uszanowaniu.

      Wyruszyłem w drogę powrotną. Jeszcze raz z sympatią pomyślałem o obserwowanych przed chwilą ptakach. Jednak po chwili zastanawiałem się już, jak niezwykłość, a jednak powszechność takich odkryć na „łonie natury", przelać na papier, by się nimi dzielić. Przyszłość pokaże, czy zdołam - od dawna wiem jednak, że warto czynić takie starania. Poznać cokolwiek, lub ułatwić poznanie drugiemu człowiekowi - to zarazem pozwolić polubić - a stąd blisko do uczuć tak ważkich i silnych, jak szacunek i ukochanie. Oto moje credo.


      Dzielić się, by powszechną uczynić postawę dbałości o nasz wspólny dom, jakim jest zachowana bez „uszczerbku" przyroda, z którą i jedynie z którą, w szlachetny, czysty i konieczny sposób współgra nasza duchowa natura, ucząc nas cnót, ale też poczucia piękna i dobra. By nie nadszedł czas, w którym wyciągnięte w stronę przyrody ludzkie dłonie napotkają pustkę, w której życie nie będzie już możliwe w ogóle, lub choćby dlatego, że będzie to życie pozbawione szczęścia. Szczęścia, osiąganego także dzięki obcowaniu z tym co niewinne i bezbronne, a przez to warte najwznioślejszych ludzkich uczuć, i takie uczucia spontanicznie w każdym pobudzające. Zaistnienie takich odczuć, jako niwelujących agresję i destrukcję, jest wspaniałą szkołą mądrego podejścia do życia, które zawsze stanowi o przyszłości jednostek, a zatem i narodów.   


      (c) enstories

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      nomadic69
      Czas publikacji:
      piątek, 05 lutego 2016 19:04
  • czwartek, 04 lutego 2016
    • Wróbel domowy - sprawy rodzinne i nie tylko / wizytówka 2ga

      Był początek czerwca, tu w Zwoleniu na Mazowszu. Właśnie padał deszcz, jednak było dość gorąco, więc korzystając z wolnej chwili poszedłem do restauracji uraczyć się chłodnym napojem, oczywiście w wiadomym sensie  neutralnym fizjologicznie. Z pozoru taka pogoda nie jest dogodna obserwacjom, tu jednak było zupełnie inaczej i to z inspiracji pospolitego gatunku, wróbla domowego.  Siedziałem właśnie w ogródku pizzerii gdy na jego teren wleciała dorosła samiczka tego gatunku. Ptaszek jak ptaszek, pospolity, więc z pozoru jakby mało heurystycznie „plenny”, ale już po chwili skupiłem na nim całą swoją uwagę. I słusznie – jak się okazało akurat ten osobnik był niezmiernie tego warty…

      Samiczka wróbla przemieszczała się pod parasolami, żerowała. Raz była bliżej, raz dalej. Jednak ptak był tak znakomicie doświadczony, że śmiało sobie poczynał, stały tu bywalec, i objął swoją aktywnością wszelkie miejsca, zapewne świadomy faktu, iż ja siedziałem, a więc stanowiłem nikłe dla niego zagrożenie. Dalej – wróbelek, ta samiczka, miał górną szczękę zdeformowaną, wygiętą osobliwie w górę, jak to się czasem zdarza u samic gawronów na przykład, i łukowato zwartą z żuchwą. Od razu skojarzyłem, że nie była to wada genetyczna, i słusznie to dostrzegłem, ponieważ i później obserwowałem tu tego osobnika, już bez tej ułomności. Ale stało się tak po kilku dniach już regularnego używania przez ptaka dzioba, po okresie bierności w tym względzie. Otóż samiczka „stołowała się” tu regularnie, żerując na resztkach przygotowanego przez ludzi pokarmu i dlatego, w połączeniu z intensywnym okresem wysiadywania oraz karmienia przez samczyka, zwłaszcza w okresie niepogody, doszło do tej deformacji.

      W pewnym momencie ptaszek przysiadł na krześle pod parasolem i znużony pogodą (jak wspomniałem – padało), zaczął tuż obok mnie przysypiać zapewne także zmęczony wznowioną jak wspomniałem z chwilą karmienia piskląt wzmożoną aktywnością po okresie wysiadywania. Tak było jednak przez chwilę tylko. Oto samiczka wróbla przerwała sjestę i poczęła nieoczekiwanie intensywnie żerować, wyraźnie jakby zdyscyplinowana oraz poruszona by nie napisać - zawstydzona faktem chwilowej słabości. Po chwili ta kwestia szybko się wyjaśniła. Na to samo żerowisko wleciał od zachodu jej samczyk wróbla i z głośnym ćwierkaniem przywołał połowicę do porządku! Co ciekawe ów samczyk działał tu, choć zdecydowanie, niezbyt stanowczo – oto samiczce udało się uniknąć znając ten gatunek wręcz awantury – w porę zabrała się za swoją pracę, nim „głowa domu” zdołała wprost „przyłapać” ją na spadku formy. Tak oto racząc się napojem w kolejnym dniu niepogody i czekania na poprawę w tym względzie „uszczknąłem” z sekretów życia, też rodzinnego choć nie tylko, tej pary zdawało by się „powszedniego” czy „pośledniego” gatunku dzikiego ptaka. Jak się okazało znów czas Wiosny, ba Jej Magia i „heurystyczna nośność”, w oparciu o spontaniczny namysł z odrobiną spostrzegawczości uczyniły ze zwykłej bytności na mieście niepoślednie wydarzenie. A opisane tu między innymi „wypadki” czy „przypadki rodzinnego stadła” wróbelków nie trwały dłużej niż kilkanaście minut. A ileż miłych, na pewno sympatyzujących i pozytywnych, też ciekawych, wręcz frapujących myśli przetoczyło się przez moją głowę z inspiracji z pozoru wspomnianej „pośledniej” przyrodniczej proweniencji. I tu bez pruderii chwaliłem sobie swoją skupioną „asystę” wszystkim tym wydarzeniom, gdzie każdy szczegół przynosił niewątpliwą radość i satysfakcję nie tylko poznawczej natury…

      para wrobli domowych

      ...para dorosłych wróbli domowych - foto - źródło / Internet...

      (c) enstories

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      nomadic69
      Czas publikacji:
      czwartek, 04 lutego 2016 15:19
  • wtorek, 26 stycznia 2016
    • Jastrząb i kruki / wizytówka 1wsza

      Była sobota 2.05.2015. godzina 10:22. Raczej słaby wiatr wiał z zachodu (W). Na niebie – tylko nieznaczne zachmurzenie. Dużo słońca, a widoczność bardzo dobra. Wyż. Siedzę oto tu na ławce przy bloku na ul. Wojska Polskiego 38 w Zwoleniu. Ta lokalizacja, to centrum miasta, choć w sobotę na prowincji nie ma zbyt wielu przechodniów. Nagle usłyszałem nad sobą od strony północnej (N) głos ostrzegawczy gawrona. Spojrzałem w tamtą stronę i z miejsca pojąłem co się dzieje. Oto na średniej wysokości nad miastem ku południowi (S) przemieszczały się 4 wielkie ptaki, zwarte w ciasnym szyku rytualnej walki. Nękany przez 3 kruki i wspomnianego gawrona, choć ten ostatni zapewne profilaktycznie czynił to tylko przez chwilę, dorosły samiec jastrzębia w ciasnych kręgach lotu - aktywnego krążenia bronił się przed zapalczywością swoich prześladowców...

      Jastrząb był już bardzo zmęczony. Rozpostarł tylko na 1/3 swój pasiasty ogon, głowę i szyję z rozwartym dziobem wtulił w korpus, tak, że przybrał pozę pokornego przegranego w tej potyczce. Kruki nękały drapieżcę wciąż na nowo i na nowo, a miały przewagę tylko dlatego, że gdy jeden z nich odpoczywał po zuchwałym ataku, kolejny ów atak ponawiał. Nad to - wszyscy agresorzy pozostawali, co świadczyło o niezwykłej odwadze i doświadczeniu, choć z każdą chwilą było łatwiejsze, z uwagi na wyczerpanie drapieżcy, bardzo blisko „ofiary”. Ta metoda pozwalała krukom ustrzec się przed skuteczną ripostą jastrzębia, który ani nie mógł się rozpędzić, ani wznieść, tak by „uderzyć” w swoim stylu, a słynie z tego - jak szturmowy bojowy samolot, na nękające go krukowate.  Kto wie, może drapieżca świadomie też uciekł tu nad miasto, by łatwiej pozbyć się prześladowców? Tymczasem co ciekawe ten „wojownik wspaniały” mimo zapalczywości kruków, nazwijmy to – „robił swoje”! Bo tak naprawdę to on kierował wcześniejszym i dalszym losem całej tej „rozgrywki”. Tknęło mnie – przecież jastrząb nadleciał tu bez wątpienia od strony jednego, a kierował się w sąsiedztwo kolejnego miejskiego gołębnika! I oto chodziło zapewne. Ptak jak się po krótkim czasie obserwacji okazało opóźniał „wielkie rozstanie”, jak wielkie było zaangażowanie kruków, do odpowiedniego momentu. Bowiem drapieżca wykorzystywał „pozorną opresję” i ryzyko konfrontacji z krukami do swoich celów. Był to element jego chytrego planu, by osłabić czujność potencjalnej ofiary, będąc pozornie uwikłanym w tylko na pierwszy rzut oka  „śmiertelną” konfrontację z krukami, które tak się starały, a przecież stanowiły nieledwie „parasol ochronny” dla całego przebiegłego przedsięwzięcia jastrzębia! I szybko ich się pozbył, gdy po ponad kilkuset m lotu jeszcze w tej konfiguracji 3 na jednego podobnie do krogulców w takich sytuacjach – nękanych przez gawrony i kawki, gwałtownie „uderzył” czy spikował - zanurkował atakując coś już na południowych (S) przedmieściach miasta Zwoleń, pozostawiając swoich prześladowców praktycznie już na zawsze za sobą…

      jastrzab i kruki wizytowka 1 

      ...jastrząb i kruki...

      (c) enstories

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      nomadic69
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 stycznia 2016 19:09
  • poniedziałek, 25 stycznia 2016

Zakładki

Kanał informacyjny